12 Obserwatorzy
44 Obserwuję
Sasetka

Zakładka

 

 Ja jak zakładka - zawsze w książce.

W literackim świecie Joanne Harris - "Jeżynowe wino"

Powieść Joanne Harris zatytułowaną „Jeżynowe wino” próbowałam przeczytać od 14 lat i dziwnym zbiegiem wypadków, zanim do niej dotarłam, przeczytałam trzy zupełnie inne powieści tej autorki – słynną „Czekoladę”, „Pięć ćwiartek pomarańczy” oraz „Świat w ziarnku piasku”. 

 

O „Jeżynowym winie” opowiedziała mi moja ulubiona nauczycielka od języka angielskiego, jeszcze na początku liceum. Panna M wówczas dopiero rozpoczynała swoją nauczcielską przygodę i miała około 30 lat. Jej mieszkanie i styl życia przypominał ten z powieści wyżej wymienionej pisarki. Urodziła się nad morzem, studiowała w Lublinie, a pracować przyjechała do stolicy. Wspólne lekcje angielskiego odbywałyśmy u niej w domu, na wieży jednego z rozłożystych, pokaźnych kościołów na warszawskim Śródmieściu. W dolnych partiach tej olbrzymiej budowli znajdowały się sale lekcyjne i młodzi ludzie wchłaniający wiedzę z wielu dziedzin nauki.

 

Trzeszcząca, drewniana podłoga, gorąca karmelowa herbata oraz zapach drzewa sandałowego mieszał się wtedy z półmrokiem całego jej niedużego pokoju. Z głośników wieży tliły się piosenki George’a Michaela lub lista przebojów Marka Niedźwieckiego, podczas gdy ja zgłębiałam tajniki obcego języka właśnie w towarzystwie kolorowych podręczników, zabaw oraz gier przez nią wymyślonych. Dyskutowałyśmy o świecie, o życiu, o wierze i o wielu innych rzeczach zajmujących wtedy moją piętnastoletnią głowę.

 

Zupełnie, jak główny bohater „Jeżynowego wina” wraz ze swoim przyjacielem z dzieciństwa, miałam poczucie, że wszystko, co zostało dotknięte tajemniczą dłonią tej kobiety, stawało się w pewnym sensie niezwykłe, nie do końca rzeczywiste. Świat przestawał być tak prozaiczny i tak nijaki. Miłość nie była już tą samą miłością. Wiara i religia również stawały się bardziej skomplikwane i niejednoznaczne. Panna M nauczyła mnie myśleć i obserwować świat, dokładnie tak jak Jay’owi Macintoshowi pokazywał  go tajemniczy ogrodnik Joe.

 

Cała historia może nie jest jakoś skrupulatnie skomponowana i być może ma pewne słabości konstrukcyjne, ale napisana przepięknym językiem i w uroczym stylu sprawiła, że nie mogłam się od niej oderwać. Nie wiem, czy mężczyzna mógłby się przy niej dobrze bawić, ale myślę, że każdej kobiecie spodobałyby się te sielskie krajobrazy angielskich i  francuskich małych miasteczek, gdzie czas płynie zupełnie inaczej. Gdzie teraźniejszość łączy się z przeszłością i przyszłością. Dużo zapachów, smaków i wszechogarniającej dzikiej natury, która potrafi uspokoić i dać ogromne bezpieczeństwo.

 

Główny bohater zmęczony Londynem i wielkim światem ucieka na wieś i próbuje  tam odnaleźć prawdę  o sobie. Wraca pamięcią do młodości i stara się za wszelką cenę odczarować te lata i tamten czas. Jednak im bardziej próbuje odrzeć siebie samego i wszystkie dotychczasowe wydarzenia z tej dawnej, dziecęcej magii, którą zaraził go stary przyjaciel, tym bardziej gubi się i zatraca. Dopiero wśród oswojonych roślin i krzewów, we własnym ogrodzie z prostymi ludźmi udaje się mu zdefiniować samego siebie. To jest chyba ten aspekt książki, który porusza mnie najbardziej i co sprawia, że można tę powieść analizować nie tylko pod kątem malowniczości i formalnych walorów, ale również w szerszym, egzystencjalnym wymiarze.

Niespokojny Duch z pędzlem w ręku

Stryjeńska. Diabli nadali - Angelika Kuźniak

Tym razem nie będę rozpisywać się zbyt długo i analitycznie. Książka poruszyła mnie na tyle, że postanowiłam pozostawić po sobie tutaj większy ślad niż tylko mechaniczne odznaczenie tej pozycji jako przeczytanej. Pięknie przedstawiona sylwetka artystki z dwudziestolecia międzywojennego, szalona osobowość i życie usłane wieloma zwrotami akcji i perypetii godnych największych celebrytów naszych czasów. Autorka ukazuje kobietę, która siłą swojego charakteru i swoją zaciętością walczyła o siebie, o sztukę oraz o rodzinę w trudnych czasach początku XX wieku. Tym, co przykuwa uwagę jest uniwersalizm całej opowieści. Kochała jak niejedna matka, tworzyła jak niejeden wielki artysta i tułała się po Europie jak wielu ludzi tamtego czasu. Pięknie tę historię obrazuje cytat znajdujący się na początku tej powieści:

 

"Rodziłam się u zbiegu dwóch epok. Za późno, aby tańczyć kankana, za wcześnie, aby podziwiać rozbicie atomu. Oscyluję więc krańcowo między przepaścią a nadzieją".

 

                                                                                                   Zofia Stryjeńska

 

 

Chybiony strzał w dziesiątkę

kady cross

Dwa tomy cyklu Kady Cross „Dziewczyna w stalowym gorsecie” i „Dziewczyna w mechanicznym kołnierzu” były fanaberią i porywem chwili w trakcie minionej majówki. Życzyłam sobie wtedy „dobrego czytadła”, czyli nie ambitnego dzieła pełnego gier literackich (te zresztą też uwielbiam) i mistrzowskiego pisarskiego warsztatu, ale historii, która wciągnie mnie i pochłonie po koniuszki uszy. Czasy wiktoriańskie, wiek pary, mechaniczne wynalazki i nastrój tamtych czasów wydawały się strzałem w dziesiątkę…

 

Młodziutka pokojówka Finley Jayne i książę Greythorne Griffin King to czołowe postaci całego cyklu. Wraz ze swoimi przyjaciółmi, osiłkowatym Samem Morganem, irlandzką panią naukowiec Emily O’Brien  i amerykańskim „kowbojem” - szybkim Rennem tworzą paczkę nastoletnich superbohaterów na podobieństwo legendarnej Ligi Niezwykłych Dżentelmenów. Każda z postaci ma swój sekret i nadnaturalną moc, która sprawia, że ich przeznaczeniem staje się walka ze złem zagrażającym losom całego świata.

 

Pierwszy tom Kady Cross przenosi nas do XIX-wiecznej Anglii, a drugi do XIX-wiecznych Stanów Zjednoczonych. Zarówno Londyn ze swoją stylową arystokracją i zbrodniczym, mrocznym półświatkiem, jak i Nowy Jork pełen gangów, dyliżansów i stróżów prawa są rzeczywiście bardzo apetyczne. Tę specyficzną estetykę autorka tworzy za pomocą gadżetów. Bohaterowie jeżdżą welocyklami, latają sterowcami i ubierają się w stroje nawiązujące do steampunkowej estetyki:

 

„ (Finley Jayne) Założyła miękkie, czarne pończochy i podpięła je do nowego pasa na biodrach. Następnie włożyła obcisłe, dość krótkie czarne spodenki oraz aksamitny gorset w kolorze śliwki. Zawiązała swoje wysokie, wytrzymałe buty z czarnej skóry i zarzuciła długi surdut z czarnego aksamitu, który sięgał jej niemal do kostek.”

 

Z kolei postać genialnej Emily o nie pozornym wyglądzie łatwo można porównać do tych szalonych naukowców, z głównego, literackiego nurtu steampunku. Poświęcają siebie i całe życie swoim wynalazkom i badaniom, które często obracają się przeciwko nim.

 

Ta nastoletnia bohaterka wraz z wątkiem tajemniczych organitów i eteru to bez wątpienia najciekawsze wątki książki. Niestety sama akcja sprowadzona do dialogów, działań i długich dywagacji na temat uczuć spłyca ten naukowy wymiar opowieści i sprawia, że książka staje się idealna dla gimnazjalistek i licealistek rozmyślających o adoratorach i sercowych dylematach. Myślę, że ten element można by było jeszcze jakoś przełknąć, gdyby nie tak przewidywalna fabuła. Autorka podrzuca nam jasne i bezpośrednie podpowiedzi, które sprawiają, że już w połowie książki wiemy, jak cała historia się zakończy. I niestety niczym nie zostajemy zaskoczeni.

 

 

Blaski i Cienie współczesnego Steampunku

Popkultura

 

 

Steampunk już od dłuższego czasu króluje na księgarnianych półkach wśród literatury fantastycznej. Dawny zbuntowany nurt literacki odnoszący się do wieku pary i nowinek technologicznych podejmujący dyskusję na temat ludzkiej natury stał się nie tylko modną i w gruncie rzeczy piękną estetyką, ale i komercyjną subkulturą. Zarówno za granicą, jak i w Polsce rzesze fanów tego gatunku kolekcjonują współczesne gadżety i przedmioty codziennego użytku stylizowane na staromodne antyki wprost z XIX wieku. Wielką popularnością cieszy się szczególnie steampunkowa biżuteria – wiszące na szyi zamykane zegarki, spinki do mankietów, kolczyki, czy misterne pierścionki nawiązujące do mechanicznych wynalazków.

 

 

Steampunkowym błyskotkom nie ustępują również wymyślne i kontrowersyjne stroje, które każdy miłośnik Steampunku również powinien posiadać w swojej szafie. W internecie znajdziemy już całkiem sporo tematycznych sklepów z tego rodzaju stylizacjami. Za przykład niech posłuży: Clockwork Couture.

 

Obok pulpowej, steampunkowej literatury, w której skład wchodzą również liczne komiksy, równie popularne  są wysokobudżetowe produkcje filmowe: najnowsza adaptacja „W 80 dni dookoła świata” Juliusza Verne’a, „Złoty kompas”,  najnowsze przygody Sherlocka Holmesa, czy kultowa już „Liga Niezwykłych Dżentelmenów”.  Kiedy oglądam tego typu filmy albo czytam te nieco puste, komercyjne powieści zawsze towarzyszy mi jakiś niepohamowany smutek i tęsknota za rzeczywistą, prawdziwą kulturą (jeśli możemy tak powiedzieć) steampunku, która potrafi w ciekawy i interesujący sposób postawić pytania dotyczące ludzkiego umysłu, historii, nauki i kultury.

 

Jeśli cofniemy się do lat 70-tych i 80-tych XX wieku, to odkryjemy, że Steampunk powstał z zupełnie opozycyjnego cyberpunkowego nurtu. Mówi się, że tak jak Cyberpunk nawiązuje do futurystycznej mody związanej chociażby z „Neuromancerem” Williama Gibsona tworząc mroczną industrialną przyszłość, tak Steampunk z „Maszyną Różnicową” (również Williama Gibsona i Bruce’a Sterlinga) przenosi nas do mrocznej industrialnej przeszłości, na przykład wiktoriańskiej Anglii. Nie bez znaczenia w słowie „Steampunk” zawarty jest „punk”. Jak pisze Jess Nevins*: „Steampunk, podobnie jak każdy dobry „punk”, sprzeciwia się systemowi, który przedstawia (w tym wypadku wiktoriański Londyn albo coś w tym stylu), krytykując jego podejście do niższych klas, usprawiedliwianie ludzi dobrze sytuowanych kosztem wszystkich pozostałych, brak litości i krwiożerczy kapitalizm.” Nie chodzi tutaj o znajdowanie doraźnych rozwiązań i o wcielanie ich w życie, ale o pewną krytyczną ocenę rzeczywistości i o poddanie do dyskusji tych niewygodnych tematów.

 

W odróżnieniu od tej pierwszej generacji pisarzy z poczuciem misji narodziło się również nowe pokolenie, tak zwana druga generacja, która nie jest już angielska, a ich dzieła nie są ani statyczne ani melancholijne, a przede wszystkim nie mają już nic wspólnego z „punkiem.” Jeden z czołowych badaczy tego gatunku – John Clute – te późniejsze powieści nazywa nie tyle steampunkowymi, co „parowymi sci-fi” lub „romansami w świetle lamp gazowych”, co wydaje się bardzo trafne również w stosunku do kolejnych generacji tego nurtu.

 

Myślę, że obecnie steampunk stracił kompletnie swoje oblicze. Stał się rzeczywiście taką nakładką, którą można nałożyć na właściwie każdą historię, po to by ją uatrakcyjnić – patrz – skomercjalizować. Przykładem może być dzieło Kady Cross „Dziewczyna w stalowym gorsecie”, gdzie opowieść o paczce przyjaciół o nadnaturalnych zdolnościach można by usytuować zarówno w dalekiej, nowoczesnej przyszłości, współczesności, jak i przeszłości. Niczego by to tak naprawdę nie zmieniło poza prawdopodobnie ilością sprzedanych egzemplarzy. Zgadzam się z Jessem Nevinsem, który mówi, że porzucenie ideologii jest formą ewolucji, i że to naturalna kolej rzeczy w momencie ugruntowania danego podgatunku. Podobną stratę poniósł przecież Cyberpunk i klasyczne Science-Fiction sprowadzane teraz bardzo często do walki superbohaterów z wszechmocnymi wrogami, którzy towarzyszą im przez wszystkie tomy opowiadanej historii, po to by na końcu w spektakularny sposób zostać unicestwione.

 

Mimo wszystko, jako miłośniczka tego gatunku, cały czas żywię ogromną nadzieję, że gdzieś w zalewie tych komercyjnych produkcji, odnajdę współczesnego pisarza, który wykorzysta steampunkowe gadżety i piękno XIX-wiecznej rzeczywistości do stworzenia dzieła poruszającego również filozoficzne i egzystencjalne tematy, a przede wszystkim stworzy złożoną fabułę na miarę dawnych powieści Gibsona, czy Blaylocka. A może już ktoś taki jest? Jeśli kogoś takiego znacie, powiadomcie mnie.

 

* Cytat pochodzi z antologii pod redakcją Ann i Jeffa VanderMeerów "Steampunk", ArsMACHINA, Lublin 2011

Dojrzałość vs. Niedojrzałość

Literatura z wyższej półki

 

MadameOpowieść Libery rozpoczyna się nieśmiało i nieco pospolicie. Nastolatek – narrator zaprasza nas do swojego świata pełnego szkolnych obowiązków, zainteresowań i młodzieńczych pragnień, z którymi mierzymy się wszyscy przechodząc okres dojrzewania. Poznajemy rówieśników, uczymy się współpracy z klasową społecznością, zawieramy przyjaźnie i orientujemy się, jak bardzo złożony jest otaczający świat. Wraz z głównym bohaterem powracamy do dawnego świata PRL-u i odkrywamy go na nowo oczami młodego człowieka o duszy artysty blokowanego przez absurdalne ograniczenia i zakazy tamtych czasów. Przeżywamy z nim pierwsze sukcesy i pierwsze porażki szybko orientując się, że pisarz kreując postać młodzieńca całkiem swobodnie wchodzi z nami w pewnego rodzaju grę literacką, w której ów bohater wielokrotnie przewyższa inteligencją przeciętnego licealistę. Jego szeroka wiedza o kulturze wysokiej zadziwia i sprawia, że powieść daleko wykracza poza ramy zwyczajnej opowieści o nastoletnich fascynacjach i chłopięcych inicjacjach. Staje się traktatem o trudnych, komunistycznych realiach, dyskutuje z nami o światowych dziełach literatury, teatru czy kina.

 

Pierwsza miłość, pierwsza ekscytacja tajemniczą Victoire wydaje się nie tylko melodramatem, ale jest też pogonią i tęsknotą za pięknem, za czymś oryginalnym, za sensem w tej groteskowej rzeczywistości. Kiedy czytamy tę powieść, odczuwamy w jak niezwykły sposób nieokrzesanie i bunt młodego bohatera ściera się z dojrzałością i ogromnym wyczuciem Libery jako doświadczonego pisarza świadomego swojego literackiego warsztatu. Przez całą lekturę pisarz śmiało poczyna sobie z nami, raz prowadzi nas za rękę, po to by za chwilę rzucić w nieznane, a następnie udowodnić, że wszystko jest pod kontrolą. Żongluje słowami, układa je tak, jak żywnie mu się to podoba kreując własną, przemyślaną rzeczywistość. Każdy akcent, każde zdanie ma tam swoje miejsce, swoją rolę przypominając, że to język jest na jego usługach, a nie odwrotnie. To on w odróżnieniu od bohatera rozdaje karty i zaprasza czytelnika do gry.

 

Książka szalenie mobilizująca do myślenia i niezwykle angażująca poprzez bogactwo języka, którym się zdecydowanie wyróżnia na tle współczesnej literatury. Polecam bez najmniejszego mrugnięcia okiem.

Czytaj i graj – nowa książka Jakuba Ćwieka wraz z grą karcianą w sprzedaży już od 12 maja

Popkultura

 

Klamca12 maja 2014 roku w księgarniach zagości najnowszy zbiór opowiadań „Kłamca 2.5: Machinomachia” Jakuba Ćwieka. Głównym bohaterem jest znany z poprzednich tomów cyklu niepokorny i wulgarny nordycki bóg Loki, który postanowił oddać się w służbę aniołom chrześcijańskiego stwórcy i wykonywać dla nich przeróżne zadania.

 

Jakub Ćwiek w świecie miłośników fantastyki uchodzi za całkiem kontrowersyjną i czasem wręcz obrazoburczą personę. Nie brakuje mu fantazji i tworząc światy oparte o rockową kulturę i nawiązując do dawnej subkultury lat 60-tych i 70-tych sam przenosi ją do rzeczywistości. Wyjeżdża niczym typowy rockman w trasę po całej Polsce promując swoje książki, wypuszcza serię koszulek z bohaterami cyklu o gangu motocyklowym ( „Chłopcy” ) i o wspomnianym już bogu - Lokim („Kłamca”), zakładki – Kłamczuchy oraz wymyśla wiele innych gadżetów dla swoich fanów.

 

Tym razem do najnowszego dzieła dołącza grę karcianą  - „Kłamciankę towarzyską”, w której możemy zagrać jednym z baśniowych lub mitologicznych bóstw, takich jak Tytania, Zeus czy Światowid. Gra przeznaczona jest dla więcej niż dwóch graczy i, jak mówią autorzy całego projektu (grupa kreatywna Lans Macabre), jest idealna do piwa i spotkań w gronie najbliższych przyjaciół. Humorystyczna grafika Roberta Sienickiego dodaje niezwykłego uroku i wywołuje nie jeden uśmiech podczas toczącej się rozgrywki.

 

Karcianka, tak jak cała twórczość Jakuba Ćwieka nawiązująca do tarantinowskich motywów i rockowych brzmień, nie nadaje się dla młodszego odbiorcy. (PEGI16+)

Powieść przygodowa z grozą i szczyptą kryminału w tle

Fantastyka

 

kantochGłówną bohaterką najnowszej książki Anny Kańtoch „Tajemnica diabelskiego kręgu” jest trzynastoletnia Nina, miłośniczka powieści kryminalnych, która mieszka w powojennym Wrocławiu i prowadzi całkiem zwyczajne życie nastolatki. Dziewczynka wraz z grupą innych dzieci z całej Polski dostaje nietypową propozycję wakacji w klasztorze, w małej miejscowości Markoty. Zaproszenie otrzymuje od samego anioła zamieszkującego potajemnie jej kamienicę. Rodzice dumni, że to właśnie ich córkę spotkał taki zaszczyt, organizują jej wyjazd i wysyłają na tę niezwykłą wyprawę. Jednak Nina jest nieco nieufna i od początku zachowuje czujność. Po przyjeździe do klasztoru błyskawicznie zamienia się w małego, dociekliwego Sherlocka Holmesa szpiegującego zarówno kolegów i koleżanki, jak i samą opiekunkę, panią Alicję wraz z rezydującym tam aniołem. W dochodzeniu towarzyszą jej nowopoznani przyjaciele – Tamara i Jacek, którzy z sympatią i rozbawieniem obserwują detektywistyczne poczynania Niny.

 

Letni pobyt w małym miasteczku przepełniony jest niezwykłymi wydarzeniami charakterystycznymi nie tylko dla powieści kryminalnej, ale przede wszystkim dla powieści grozy. Oprócz anielskich postaci i samego, starego klasztoru mroczną i tajemniczą atmosferę całej historii dopełniają nietuzinkowi mieszkańcy miasteczka i krajobrazy wyjęte prosto z poematów Słowackiego, czy mickiewiczowskich ballad bogatych w groźne i drapieżne, słowiańskie potwory, takie jak topielice, czy też piękne w swym okrucieństwie rusałki. Motyw obrazów i malarstwa przewijający się na kartach powieści również łatwo stwarza analogię do dzieł sztuki tamtej epoki, w których cmentarze, stare kościoły, a przede wszystkim mistycyzm, to czołowe tematy ówczesnych artystów. Przyroda ożywa tam na naszych oczach tworząc równoległy, fantastyczny świat bliski każdemu, kto choć raz znalazł się na Mazurach, czy w innym wiejskim, słowiańskim zakątku. W tę stylistykę doskonale wpisują się też postaci dzieci z ogromną wyobraźnią, dla których wszystko przecież jest możliwe. Na uwagę zasługują szczególnie najmłodsi – Małgosia i Tymek. Żadne z dzieci nie wzbudza tak ciepłych i opiekuńczych uczuć, jak ta dwójka ufnych i wrażliwych dzieciaków przeżywających tak intensywnie i tak emocjonalnie wszystkie nadprzyrodzone przygody.

 

Przedstawiona fabuła i poszczególne zwroty akcji powodują, że w wielu momentach możliwe i prawdopodobne są bardzo różne rozwiązania klasztornej zagadki. Możemy domyślać się i zachodzić w głowę, co tak naprawdę dzieje się w tej małej i niepozornej mieścinie i wciąż niekoniecznie wpadniemy na może nieco szablonowe rozwiązanie. Wielkim plusem tej książki jest przedstawienie w taki sposób historii, że do końca nie wiemy, jakie będą dalsze losy bohaterów. Nieustannie pozostajemy ze znakiem zapytania i detektywistyczną metodą Niny odkrywamy kolejne fragmenty całej układanki. Napięcie budowane z niesamowitą precyzją osiąga niemal akademicki perfekcjonizm, w którym spokojnie moglibyśmy nakreślić wstęp, rozwinięcie, punkt kulminacyjny i zakończenie całej historii. Z każdym kolejnym pojawiającym się wydarzeniem temperatura rośnie powodując delikatną, gęsią skórkę zwłaszcza u młodszych czytelników tej lektury. Powieść zdecydowanie młodzieżowa nie może się zapewne równać z kultowymi historiami Kinga i dla wytrawnego miłośnika tego gatunku będzie jak bułka z masłem, ale też chyba ani przez chwilę Annie Kańtoch nie chodziło o stworzenie horroru czy ciężkiej powieści grozy dla dorosłych, a raczej o przygodową powieść łączącą pokolenia. To udaje się jej na piątkę z plusem.

Mam przeczytane 177 z 383 stron

Dziewczyna w mechanicznym kołnierzu - Kady Cross

Kobiece pragnienia, kobiece namiętności, czyli "Upadłe damy II Rzeczypospolitej" Kamila Janickiego

Historia

 

Upadle Damy okladka

„Upadłe damy II Rzeczpospolitej” Kamila Janickiego to zbiór historii o kilku szalonych, odważnych i zamożnych kobietach z Dwudziestolecia Międzywojennego. Miały naprawdę wiele – nazwisko, długą historię rodową, majątek, rodzinę – a jednak pewna tajemnicza moc popychała je do czynów moralnie wątpliwych i obłąkanych. Może miłość? Może samotność? A może chciwość? Trudno powiedzieć, bo jak to bywa z namiętnościami, jak tylko nami zawładną, stajemy się zupełnie nieobliczalni i gotowi zrobić wszystko, by tylko osiągnąć zamierzony cel. To niezdrowe pragnienie spełnienia kiełkowało we wszystkich tych bohaterkach tak długo, aż wydało owoc.

 

Serię opowieści rozpoczyna prawdziwa księżniczka, zakochana do szaleństwa Zyta Woroniecka, która decyduje o losie swojego wybranka i ostatecznie wymierza mu nieodwracalną karę. Zaraz po niej pojawia się tajemnicza szantażystka wraz z tragiczną "matką chrzestną" - Wandą Parylewiczową - wyłudzającą całkiem pokaźne sumy pieniędzy od niby niczego nieświadomych bliższych i dalszych „znajomych”. To moje ulubione bohaterki. Silne, sprytne i romantyczne kobiety, które nie dają sobie w kaszę dmuchać. Zdecydowanie posiadają potencjał literacki i z powodzeniem mogłyby odegrać rolę czarnego charakteru w niejednej powieści, w niejednym filmie. Zauważa to również sam Kamil Janicki, który rozpoczyna każdą historię tak, jak to robią pisarze specjalizujący się w kryminalnej prozie. Zwykły dzień, zwykła kobieta, zwykły mężczyzna i nagle „pach!” - zbrodnia, wykroczenie, dochodzenie, rozprawa, więzienie.

 

Zapoznajemy się z bardzo sensacyjną, prasową wersją poszczególnego wydarzenia, zaglądamy w kuluary życia głównych bohaterek, a następnie uczestniczymy w sądowej i państwowej weryfikacji wszystkich tych przewinień i występków. Kiedy tak trwałam w tych wszystkich historiach, zastanawiałam się jednocześnie, czy rzeczywiście w moim ręku leży książka, czy może nasza, najpopularniejsza gazeta codzienna „Fakt”. Myślę, że niejeden współczesny dziennikarz czeka z niecierpliwością na tego rodzaju kąski i smaczki, którymi można bawić się na łamach brukowca przez wiele tygodni, miesięcy, a nawet lat.

 

Wydaje się, że jest to zarówno wada, jak i zaleta tej książki. Z jednej strony dobry styl Janickiego, lekkość opowiadanych historii i całkiem sprawnie budowane napięcie, a z drugiej wkrada się poczucie niedosytu, jakiś brak, który sprawia, że książka jako całość jest niepełna. Trudną ją nazwać historyczną rozprawą, bo mimo, że posługuje się materiałami z epoki i trzyma się realiów, nie opisuje szerzej problemów związanych z ówczesnym wymiarem sprawiedliwości. Jedynie je podkreśla i wskazuje, że takie istniały. Przedstawia kraj, który wciąż boryka się z uporządkowaniem państwowego prawa i stara się nadążyć za wszystkimi nadchodzącymi zmianami. Polskie władze niby wprowadzają nowe przepisy, nowe zasady, ale główny problem kastowości społeczeństwa, w którym najzamożniejszym i wysoko urodzonym wiele się wybacza, pozostaje. Nie jest to też książka o psychologii, czy socjologii kobiecej zbrodni, co byłoby chyba czymś, czego najbardziej bym oczekiwała. W końcu jako przedstawicielka opisywanej płci z przyjemnością poczytałabym studium, które w mroczny i nieszablonowy sposób opisywałoby kobiece szaleństwo i jego namiętności.