12 Obserwatorzy
44 Obserwuję
Sasetka

Zakładka

 

 Ja jak zakładka - zawsze w książce.

W literackim świecie Joanne Harris - "Jeżynowe wino"

Powieść Joanne Harris zatytułowaną „Jeżynowe wino” próbowałam przeczytać od 14 lat i dziwnym zbiegiem wypadków, zanim do niej dotarłam, przeczytałam trzy zupełnie inne powieści tej autorki – słynną „Czekoladę”, „Pięć ćwiartek pomarańczy” oraz „Świat w ziarnku piasku”. 

 

O „Jeżynowym winie” opowiedziała mi moja ulubiona nauczycielka od języka angielskiego, jeszcze na początku liceum. Panna M wówczas dopiero rozpoczynała swoją nauczcielską przygodę i miała około 30 lat. Jej mieszkanie i styl życia przypominał ten z powieści wyżej wymienionej pisarki. Urodziła się nad morzem, studiowała w Lublinie, a pracować przyjechała do stolicy. Wspólne lekcje angielskiego odbywałyśmy u niej w domu, na wieży jednego z rozłożystych, pokaźnych kościołów na warszawskim Śródmieściu. W dolnych partiach tej olbrzymiej budowli znajdowały się sale lekcyjne i młodzi ludzie wchłaniający wiedzę z wielu dziedzin nauki.

 

Trzeszcząca, drewniana podłoga, gorąca karmelowa herbata oraz zapach drzewa sandałowego mieszał się wtedy z półmrokiem całego jej niedużego pokoju. Z głośników wieży tliły się piosenki George’a Michaela lub lista przebojów Marka Niedźwieckiego, podczas gdy ja zgłębiałam tajniki obcego języka właśnie w towarzystwie kolorowych podręczników, zabaw oraz gier przez nią wymyślonych. Dyskutowałyśmy o świecie, o życiu, o wierze i o wielu innych rzeczach zajmujących wtedy moją piętnastoletnią głowę.

 

Zupełnie, jak główny bohater „Jeżynowego wina” wraz ze swoim przyjacielem z dzieciństwa, miałam poczucie, że wszystko, co zostało dotknięte tajemniczą dłonią tej kobiety, stawało się w pewnym sensie niezwykłe, nie do końca rzeczywiste. Świat przestawał być tak prozaiczny i tak nijaki. Miłość nie była już tą samą miłością. Wiara i religia również stawały się bardziej skomplikwane i niejednoznaczne. Panna M nauczyła mnie myśleć i obserwować świat, dokładnie tak jak Jay’owi Macintoshowi pokazywał  go tajemniczy ogrodnik Joe.

 

Cała historia może nie jest jakoś skrupulatnie skomponowana i być może ma pewne słabości konstrukcyjne, ale napisana przepięknym językiem i w uroczym stylu sprawiła, że nie mogłam się od niej oderwać. Nie wiem, czy mężczyzna mógłby się przy niej dobrze bawić, ale myślę, że każdej kobiecie spodobałyby się te sielskie krajobrazy angielskich i  francuskich małych miasteczek, gdzie czas płynie zupełnie inaczej. Gdzie teraźniejszość łączy się z przeszłością i przyszłością. Dużo zapachów, smaków i wszechogarniającej dzikiej natury, która potrafi uspokoić i dać ogromne bezpieczeństwo.

 

Główny bohater zmęczony Londynem i wielkim światem ucieka na wieś i próbuje  tam odnaleźć prawdę  o sobie. Wraca pamięcią do młodości i stara się za wszelką cenę odczarować te lata i tamten czas. Jednak im bardziej próbuje odrzeć siebie samego i wszystkie dotychczasowe wydarzenia z tej dawnej, dziecęcej magii, którą zaraził go stary przyjaciel, tym bardziej gubi się i zatraca. Dopiero wśród oswojonych roślin i krzewów, we własnym ogrodzie z prostymi ludźmi udaje się mu zdefiniować samego siebie. To jest chyba ten aspekt książki, który porusza mnie najbardziej i co sprawia, że można tę powieść analizować nie tylko pod kątem malowniczości i formalnych walorów, ale również w szerszym, egzystencjalnym wymiarze.